No i doczekaliśmy. Nawet gdyby jeszcze wedle pory roku poprószyło białym to i tak mamy na zdjęciach corpus delicti. Wiosna przejmuje władzę i nie odpuści. Na dworze zrobiło się tak ciepło, że poranną kawkę mogliśmy wypić pod gołym niebem. Ranek zaczął się niespiesznie, ale przedpołudnie do leniwych nie należało. Grzegorz krzątał się po podwórku odświeżając miejsce na ognisko i taranując grabiami kopce kretów rozsiane na łące przy Mrożynce. Razem z kretami wyszły spod ziemi... stare kapsle po piwie🫣. Krety wróciły, kapsle zostały. To z powodu pełni księżyca chyba. Kapsle przesiedziały w ziemi jakieś osiemdziesiąt lat z hakiem. Jeden pochodzi z browaru Wilhelma Zimmerlinga z przedwojennego Lubska (Sommerfeld), drugi stracił sygnaturę. Nietuzinkowe artefakty.😉
Ciekawe, jak smakowało i czy chłodzone w potoku czy w studni? Spróbowałabym. Zwłaszcza po dzisiejszym spacerze na Tłoczynę. Często ją odwiedzamy, ale za każdym razem udaje nam się znaleźć jakieś niezwykłości. Dziś takie detale:
Grzesiek z papierową mapą, to też niezwykłość. Od kilku lat wgapiony w telefon szuka drogi. Ponoć z internetowej korzystać łatwiej, zwłaszcza gdy zapomina się okularów. Nieistotne, byle do celu. Ja za nim idę jak w dym. I tak całe życie. Fajnie jest.
Ciepło, słonecznie, bezludnie (prawie), sucho i już nieślisko. No i ten zjawiskowy, magiczny buk... Tu postój jak zwykle był dłuższy.
💚
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz