26 października 2026

Wyprawa w Oldrihovskie Bučiny

 Plan wyruszenia w poniedziałek na kolorowy, jesienny szlak był, ale nie taki. Zamierzaliśmy z Hejnic wyruszyć na Orešnik. Trasa dobrze nam znana, piękna chyba o każdej porze roku. Prognoza pogody dla Hejnic przewidywała duże zachmurzenie i przelotne opady deszczu. Zrezygnowaliśmy więc z Hejnic na rzecz miejsca oddalonego raptem o jakieś 7 km. Palec po Mapach.com zatrzymał się  na Oldrihovskim  Sedlu, z którego można było zrobić pętlę przez buczyny i skryte w nich skałki z punktami widokowymi:  Skalni Hrad  i Špičak. Nie byliśmy tam- to raz. Trasa  w buczynach- dwa. Trzy- nieco niżej, więc chodzenie we mgle nie groziło, a po czwarte pomyśleliśmy, że lepiej będzie wyprawę na Orešnik przełożyć na lepszą pogodę, czyli na jutro. Zbieramy się.🤗

Wyruszyliśmy przed jedenastą. Po zmianie czasu jakoś trudno nam było zebrać się wcześniej, tym bardziej, że wcześniejsza nocka niedospana z powodu wichury. Z Mlądza do tam- 34 km, czyli 40 minut i byliśmy na szlaku. Takich wrażeń się nie spodziewaliśmy.



 Z jesienne wybarwionych buków i miękkiego dywanu w kolorach miodu, bursztynu czy złota wyrastały jak grzyby skały obłych kształtów. Najciekawszy z nich oznakowany na mapie nosi nazwę "Koprivnik". To łeb goryla. 



Ale nie trzeba było mieć dużej wyobraźni, aby w każdej formacji dopatrzeć się  czegoś ciekawego.



 Z biegiem drogi bukowy las coraz bardziej piękniał. Co jakiś czas przez gęste, sine chmury prześwitywało słońce. Feeria ciepłych barw prześwitujących przez liście rzucała smugi na  skały, pnie buków, szeleszczącą liśćmi ścieżkę, omszałe, zielone głazy. Widowisko. 


Co jakiś czas na szlaku napotykaliśmy na niespodzianki: kalejdoskop, tuba wzmacniająca odgłosy lasu,  mosiężne maski zwierząt napotykanych w górach, dziuple z umieszczonymi wewnątrz rzeźbionymi ptakami... 






Po godzinie marszu opóźnianego postojami dotarliśmy do punktu widokowego Skalni Hrad. 



Dalej powędrowaliśmy na Špiczak. Droga na skały wiodła przez drewniane schodki wbudowane w ciasne kamienne przejścia. Na samej górze kolejna piękna panorama gdzieniegdzie przesłonięta przerzedzonymi konarami buków, brzóz i jarzębin. Wśród wielu szczytów najbardziej rzucał się w oczy Ješted i przeciwległy Smrek. Tu zatrzymaliśmy się dłużej. Trzeba było się posilić. Do końca trasy pozostały 4 km. Na szczęście nie wiało, jak to zwykle bywa na szczytach. Nawiało się wczoraj. Skutki wichury z porywami przekraczającymi 100 km/ h widać było w połamanych gałęziach i powalonych drzewach. 




Dalej szlak prowadził  najpierw pomiędzy skałkami, potem dość szerokim starym traktem prosto do wsi Oldrichov v Hajich. Aby dotrzeć do auta, musieliśmy przejść przez niemal całą wieś. Zamiast chodnika wybraliśmy niebieski szlak rowerowy ponad wsią. Szlak ograniczały od wsi stare granitowe słupy służące kiedyś jako ogrodzenie. Pierwszy raz spotkaliśmy je pod Špiczakiem. Zastanawialiśmy się, czemu miały służyć. Dopiero przy końcu trasy poznaliśmy ich historię. Tkwią tu od roku 1842, a służyły jako ogrodzenie zwierzyńca hrabiego Gallasa- pana na frydlanckich włościach. Taka sobie pańska obórka o powierzchni ponad 5 tysięcy hektarów.


Wycieczka przednia. Szlak zaskakuje urozmaiceniem. 




 Polecamy. Z dojazdem ze Starych Żaren  i leniwym, niespiesznym przejściem raptem sześć godzin. Jeśli kąpiel leśna- to tu. Bardzo zmysłowo o każdej porze roku.

Do domku dotarliśmy już po zachodzie- zdrożeni, głodni i ... zadowoleni z wypadu.




                                              💚



22 października 2026

Nocleg w schronisku "Odrodzenie"

 Kiedyś wyprawa w góry liczyła się tylko wtedy, gdy nocleg był w schronisku. Od kilku lat, kiedy mamy bazę pod górami, w Karkonosze  wyprawiamy się ze Starych Żaren. Ale tym razem było inaczej. W środku tygodnia, a dokładnie w słoneczny październikowy wtorek ruszyliśmy autem do Przesieki. Zaparkowaliśmy jak przed laty pod pensjonatem "Marzenie". Wrzuciliśmy na siebie plecaki  i ruszyliśmy na Przełęcz Karkonoską, czyli 5,5 km w górę. Droga do przełęczy nudnawa, bez widoków. Stary asfalt, od kiedy pamiętam, był wybrzuszony i naderwany  przez korzenie i  zjawiska atmosferyczne, teraz jeszcze bardziej stwarza niebezpieczeństwo dla rowerzystów, zwłaszcza tych jadących z góry. Widok z przełęczy, pomijając parking pod  Spindlerową Boudą zrekompensował zmęczenie. W schronisku byliśmy po niecałych dwóch godzinach. O tej porze roku wchodzi się do niego wejściem zimowym od parteru. Gmach robi na mnie wrażenie za każdym razem. Surowe wnętrze schroniska pamiętające czasy hitlerjugend ociepla  bufet z dobrą kawą i szarlotką, naleśnikami z prażonymi jabłkami, jesienną dekoracją lady, ław i okien oraz ... vintage jazz z lat 40-tych i 50-tych.  W bufecie kilkoro turystów, w jadalni raptem trzy osoby. W sezonie i w czasie weekendów schronisko mocno się zaludnia. A my mamy już wybór. Odpoczęliśmy na zachodnim tarasie. Widok stąd najlepszy, bo na odbudowaną  Petrovą Boudę, dalej Ptasie Kamienie i na Przesiekę w dole. 


Po posiłku i kawie spakowaliśmy się do jednego plecaka drugi zostawiając w suszarni i ruszyliśmy przez Spindlerovą Boudę w poszukiwaniu żółtego szlaku, który wąską doliną potoku miał nas zaprowadzić do Boudy u Bileho Labe a potem na niebieski szlak, czyli tak zwaną Weberovą Cestę - jedną z najpiękniejszych karkonoskich dolin, zwłaszcza o tej porze roku.





Ten odcinek trasy prowadzi w górę wąską ścieżką ułożoną na zboczu Karkonoša.
Po prawej stroma skalna ściana, po lewej w dole Biała Łaba szumnie spływająca po stromych kaskadach. Podejście najpierw jest dość strome. W miarę oddalania się od schroniska łagodnieje i ostatecznie wypłaszcza osiągając wysokość Lučni Boudy.

Pięknie. Puste szlaki, błękit nieba na przemian z kłębiastymi, białymi obłokami i Śnieżka w dali jak zwykle monumentalna i przesłonięta chmurami.




Do schroniska wracaliśmy czerwonym szlakiem.
Taka pustka w Karkonoszach to rzadkość. Nam udało się tuż przed zachodem słońca dotrzeć górą nad Mały Staw i Kocioł Wielkiego Stawu, nad którym jeszcze sto lat temu stało Schronisko Księcia Henryka. Łatwo przegapić to miejsce. Zostały tylko zarośnięte kamienne fundamenty.





Nie spieszyliśmy się z powrotem. Mieliśmy nadzieję na spektakularny zachód słońca. Ten zastał nas tuż za Słonecznikami. Nie dane nam jednak było utrwalenie zjawiska, albowiem wyprztykaliśmy baterie. Na szczęście wszystko zostało w pamięci. Tuż przed zachodem udało się zostawić ślad czegoś takiego:




Niesamowite zjawisko i przeżycie. Aż trudno opisać, co działo się na niebie. Kilkanaście minut dane nam było maszerować w stronę żarzącej się ponad szczytami łuny. Ogień zmieniał barwy z żółtej na pomarańczową, czerwoną, bordową aż w końcu pomiędzy czernią ponad szczytami został nikły ślad po tym pięknym, pełnym aktywności i wrażeń dniu. Ostatnie zdjęcie zrobiliśmy ze schroniska po chwilowym naładowaniu telefonu.



Wieczór spędziliśmy w bufecie przy dźwiękach starego jazzu i ... gulaszowej.




    Już tęsknię za następnym noclegiem w górach i nie straszne mi skrzypiące stare, drewniane podłogi, gwiżdżący gdzieś w okiennych szparach wiatr, minimalistyczne wnętrza małych pokoików bez gniazdek z elektrycznością, ogólny dostęp do łazienki, a nawet widok wystawionych przed pokojem butów odpoczywających po schodzonym  dniu. Tak wygląda schronisko.
                                      
                                          💚



Wyprawa w Oldrihovskie Bučiny

 Plan wyruszenia w poniedziałek na kolorowy, jesienny szlak był, ale nie taki. Zamierzaliśmy z Hejnic wyruszyć na Orešnik. Trasa dobrze nam ...