Popołudnie było deszczowe i burzowe, idealne na książkę albo szydełko. Spędziliśmy je w domku, spoglądając co jakiś czas na niebo i góry. Niezłe to było widowisko. Tuż przed zachodem pognało nas na górkę pod carską lipę. Weszliśmy od Izerskiej Lawendy, która po zmianie właściciela przybrała nazwę " Ziele".
Pomimo deszczu polne drogi nie były mokre. Woda wsiąkła w ziemię jak w suchą gąbkę. Rośliny natomiast cieszyły się wilgocią.
Na każdym bez wyjątku ździebełku zboża, jak kropka nad "i" siedziała kropla. Zauważyłam to przeglądając zdjęcia po powrocie i żałuję, że nie zrobiłam im zbliżenia pod zachodzące słońce. Krzyż Milenijny pomiędzy Mlądzem a Rębiszowem to miejsce szczególne. Często tu bywamy, ale nie zawsze widnieje na takim tle. Niebo pomalowane na różne kolory i kształty chmur odgrywało na dzisiejszym spacerze rolę główną.
Trwało to chwilę. Gdy doszliśmy do domku, mgła wtopiła się w las u stóp Kamienickiego Grzbietu. Dzień się skończył.
Zimą zachody słońca oglądamy nie ruszając się z domu. Kiedy najkrótsze dni, zachody są za Kuflem na wprost okien chaty. Teraz trzeba się za nim nabiegać.
Tam gdzie mieszkamy, nie da się oglądać słonecznego widowiska. Duże zadrzewienie ogranicza widoczność. Z każdej strony wieś otaczają lasy. Pola są rzadkością. Najwięcej pól roboczych poligonowych i ćwiczeń taktycznych. Dlatego taki zachwyt nad otwartym niebem w Mlądzu.
💚











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz