09 stycznia 2021

Historia z Izerami stara jak świat :))

Odgrzebane w pudłach stare czarno-białe zdjęcia mówią same za siebie.




Bohater pierwszego planu na pierwszych dwóch fotografiach- Grześ 😊

Bohaterowie pierwszoplanowi na zdjęciu trzecim: Gitara i nieodzowne w tamtych czasach  -wyeksponowane bądź pod swetrami -Flanelowe Koszule 😊


Miejsce akcji: Schronisko na Stogu Izerskim

Czas akcji: zima 1986 rok 

Organizator: PTTK Żagań

Przebieg zdarzeń:

 Dzień 1: Żagań - Szklarska Poręba Dolna ( pewnie z przesiadką w Gryfowie)                             Wędrówka zaśnieżonym czerwonym szlakiem ze Szklarskiej Poręby przez Wysoki Kamień (schroniska jeszcze nie było), Kopalnię Kwarcu "Stanisław", Polanę Izerską do schroniska na Stogu Izerskim

Dzień 2: Zejście do Czerniawy. Powrót koleją z Czerniawy (dziś odcinek Czerniawa -Mirsk - Gryfów nieczynny ) do Żagania.

Taki był początek Izerskiej Fanaberii. Potem kilkadziesiąt innych wypraw na te same szlaki w różnym towarzystwie i miejscu noclegowym: najczęściej nieistniejącej TEWIE przy ulicy Podgórnej w Świeradowie, agroturystyce u Poniatowskich  i w przemiłym Antoniowie, skąd już niedaleko do Mlądza i źródeł Wojtówki (przez kilka lat po wojnie taką nazwę nosiła Mrożynka).

03 stycznia 2021

"I gitara". Komentarz architekta - amatora.

 "I gitara" - napisał Grzesiek na blogu, kiedy poprosiłam go  o wklejenie rzutów zaprojektowanej chatki i krótki post.😀 Po prostu człowiek wielkich czynów! 😍








Mniej więcej tak  ma wyglądać chatka  Izerskiej Fanaberii. W projekcie nieco inna niż by się chciało kolorystyka elewacji i dachu, kształt okien.  Komin zaplanowany na północnej ściance. Na starych fundamentach zostało trochę miejsca na taras.
Jakie plany na przyszłość?
 Grzesiek niecierpliwie czeka na wiosnę. Co było można zrobić zimą, już zrobione. A więc podpisana umowa z dostawcą energii, zgłoszona budowa domu, zrobiony wstępny projekt chatki. W tak zwanym międzyczasie zaliczyliśmy Tłoczynę i Kamienicę😉😊 Wiosną trzeba zwieźć szopkę i toaletę, oczyścić studnię, postarać się o skrzynkę do przyłączenia prądu, potem rozłożyć obóz i powoli stawiać drewniany szkielet budynku. Taki plan Grzegorza. Ja na razie  dokumentuję realizację projektu  i  wrzucam posty na bloga. To sprawia radość mojemu Budowniczemu.💪 Wiosną czeka na mnie hałda ziemi, kamieni i cegieł wybranych z wnętrza ruin. Trzeba je przebrać i zrobić skalniak przy fundamentach. Trzeba też pomyśleć o jakiejś kuchni polowej.  Bushcraft 😊. Ciepłe posiłki muszą być. O kawie nawet nie wspomnę. No i spać też gdzieś będzie trzeba. Mobilna sypialnia w Fordzie Galaxy z funkcją: spanie będzie najlepsza. Przetestowaliśmy ją  nie raz w podróży do Chorwacji. 
I tak w skrócie rysuje się plan na rok 2021. Co z tego wyniknie? Czas pokaże. 


Kamienica po raz pierwszy, czyli ciąg dalszy oswajania Kamienickiego Grzbietu

Skoro (na razie marzeniami) wiążemy się z Mrożynką (dawniej Wójtówką), wypadałoby poznać miejsca, w których potok bierze swój początek. Spacer na Grzbiet Kamienicki korcił nas od dłuższego czasu. Tutaj nas jeszcze nie było. I tak tydzień temu zaliczyliśmy Jelenie Skały i Tłoczynę, a wczoraj Kamienicę (973 m npm.) - najwyższy szczyt Grzbietu Kamienickiego należącego do Gór Izerskich. Wędrówkę zaczęliśmy od Przecznicy.  Podczas spaceru zdążyliśmy utrwalić w aparacie kilka zrujnowanych przydrożnych domostw, w których jeszcze kilkadziesiąt lat temu tętniło życie. 



Studnia jakich wiele w okolicy



Kolejna studnia z krystalicznie czystą wodą


Zdążyliśmy - zanim ślad po nich zaginie, a wiosna przesłoni to, co teraz rzuca się w oczy. Przykre te widoki. Przypominają, że "wszystko ma swój czas i przychodzi kres na kres"... Ale ponieważ my  "jeszcze w zielone gramy", tuż za wsią  porzuciliśmy myśli  o przemijaniu i popędziliśmy na Kamienicę.

 W tle Kamienica z widoczną ścieżką na szczyt

 To znaczy Grzesiek popędził, bo plan był taki, żeby na szczycie wypić kawę i zjeść sylwestrowe wafle. Ja zostałam z tyłu. Wcale nie dlatego, że nie lubię kawy... Podejście nie było łatwe. Gdzieniegdzie na starym  asfalcie był lód. A dróżka na Kamienicę - ostatni odcinek drogi - pięła się wysoko zaśnieżoną, prawie niewydeptaną  przecinką.


 Na szlaku nikogusieńko. Dopiero na Kamienicy minęliśmy się z grupką ludzi.  Widoków ze szczytu wprawdzie nie było (warunki pogodowe i trekkingowe niezbyt korzystne). Gęste chmury przetaczały się przez górę zasłaniając widok na Pogórze Izerskie z jednej i Wysoki Grzbiet z drugiej strony. Ale ciepła kawka i coś słodkiego na ząb zrekompensowały krótkie horyzonty.



 I tak warto było. Kamienica oswojona .Wrócimy tu wiosną. 

29 grudnia 2020

Jelenie Skały i Tłoczyna po raz pierwszy

    Trzeciego dnia świąt Mlądz przywitał nas śniegiem. Na szczęście nie było go zbyt dużo, dzięki temu bez problemu mogliśmy wjechać na działkę. (Przypomniał mi się "Domek w Karkonoszach" - youtuberowa opowieść skutecznie odstraszająca inwestorów budowy miejsko - modernistycznych, niewpasowanych w klimat obiektów mieszkalnych na terenach górskich.) Zaraz potem kilka zdjęć w zimowej scenerii, pakowanie plecaków i w drogę...

Świąteczny dekor😉 - kubki ocalałe z pożaru

 Cel - Tłoczyna i Jelenie Skały.

Tłoczyna 
 Kierując się na południe minęliśmy ciągnącą się wzdłuż potoku wieś i doszliśmy do szosy. Zaraz za nią weszliśmy na żółty szlak. Doliną Mrożynki przecinającą dróżkę w kilku miejscach dotarliśmy do Radoszkowa, czyli górnej Przecznicy.

Oto nasza Mrożynka

A ścieżki niewydeptane

Stamtąd na Jelenie Skały podążaliśmy zgodnie z oznakowaniem turystycznym. Śniegu było nieco więcej. Na szczęście Masyw Grzbietu Kamienickiego osłaniał nas od wiatru. Minęliśmy Dwa Mostki i łagodnie podchodziliśmy w górę. Ostatni etap wejścia na skałki był najtrudniejszy, ale przecież o to chodziło. W połowie podejścia na północ otwierał się widok na Mlądz, Rębiszów, Gajówkę z prawej i  Mirsk, Giebułtów, Czerniawę po lewej. Historyczne Łużyce i Śląsk rozdarte doliną Kwisy  przed nami. 



    Na Jelenich Skałach pomimo wiatru zatrzymaliśmy się dłużej. Najpierw delektowaliśmy się widokiem na Grzbiet Kamienicki. Potem, przed wejściem na Tłoczynę, trzeba było opróżnić plecaki. Chociaż i tak na jedno wyszło - balast w plecaku czy żołądku - jaka różnica. Na Tłoczynę pchaliśmy się  na tak zwanego czuja. No, może niezupełnie, bo z GPS-em. Ze skałek, jak pokazuje mapa, nie ma na nią  wejścia. Naszą tradycją jest, aby się czasem pogubić, więc ruszyliśmy w kierunku południowo-wschodnim. Dość spora pokrywa śniegu ułatwiała "wspinaczkę". Jagodniki wrośnięte w głazy, ale na szczęście pokryte puchową pierzynką po kilkuset metrach doprowadziły nas do wypłaszczenia. Nie był to jednak  szczyt. Do niego brakowało 700 metrów. Psiakość - wydawało się, że tak blisko. No i jeszcze te dziki... Ale lepsze dziki, niż ryczący jeleń za plecami w Kotle Smogorni. Śniegu było coraz więcej. Niekiedy noga grzęzła w półmetrowym puchu. Zimny wiatr smagał nas po twarzy. Oj, przydałyby się kije... 

Jak w Narnii. 

W końcu dotarliśmy do tabliczki: "Tłoczyna 783m npm. Gołoborze 5minut". Niby nic, bo co to za wysokość, ale w takich warunkach to wyczyn😄

Cel osiągnięty👍

    Ponieważ szczyt Tłoczyny jest całkowicie zalesiony, pognaliśmy na gołoborze. Dla takiego widoku warto było wspinać się na oślep w śniegu, spocić się jak szczur i pozwolić świerkowym gałęziom wsypać sobie garść śniegu na kark. Góry Kaczawskie i Karkonosze po Szrenicę widoczne jak na dłoni.

Panorama z gołoborza

    Trudno było opuścić to miejsce, ale grudniowy dzień w górach szybko się kończy. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy Źródle Wolfganga (Wolframowym Źródle). Jak głosi legenda w dawnych czasach było to miejsce kultu - najpierw pogańskiego, potem chrześcijańskiego. W pobliżu stała kaplica słynąca z licznych uzdrowień, a przy niej stara jodła. Miejsce trudne do zlokalizowania, ale stare niemieckie mapy z pewnością doprowadzą do celu.



Ciemnym Wądołem zeszliśmy na leśny trakt, który doprowadził nas z powrotem do Przecznicy (Querbach) - najpopularniejszej przedwojennej  miejscowości wypoczynkowej po tej stronie Grzbietu Kamienickiego. Choć dawna świetność wsi już minęła, wieś z licznymi zabytkowymi domami zrobiła na mnie wrażenie. Ponieważ Przecznica za agroturystyką Puchatek łagodnie przechodzi w Mlądz, więc  byliśmy prawie na miejscu.

Szkoda, że nasza Fanaberia Izerska jeszcze nie jest otwarta. 😊 Marzyło nam się cieplutkie schronienie ogrzane kominkiem, gorąca kawa pita przy starym stole i panorama na góry rozświetlone jasną poświatą zachodzącego słońca. 

12 grudnia 2020

Nie ma czasu na postój w postępie. DIY w dwóch wersjach.

 Jest zima. Idą święta. Do wiosny nad Mrożynką daleko. Ale to nie znaczy, że nic się w tej kwestii nie dzieje. Nie ma czasu na postój w postępie😉. Dechy od dawna schną na tarasie, a z belek dziś została ukończona konstrukcja. Będzie szopka? Komórka? Pomieszczenie socjalne na czas stawiania domku? A docelowo sklepik z rękodziełem dla turystów? Domowym chlebkiem i nalewkami?😉 Marzenia?😊Kto wie? Żeby żyć, trzeba marzyć.





Jakie święta, taka choinka. Bez przepychu.



Za to anioł brzemienny bez aureoli  

 

                           i  kolejna Tulisia z kocykiem w pakiecie ląduje w kartonie.


Kilka refleksji o miłości do gór, prostowaniu myśli i czytaniu


 O tym, że kochamy góry i od lat niezmiennie nas w nie ciągnie już pisałam. I nieważne, czy są to nowe trasy czy kolejne wejście żółtym szlakiem do schroniska pod Łabskim i wyżej. Albo wejście na Przełęcz Karkonoską dziurawym asfaltem z Przesieki. Lubimy górskie wyprawy z plecakiem, ciepłą herbatą lub kawą pitą na postoju, kanapkami z konserwą przyrządzanymi w trakcie odpoczynku koniecznie  z niecodziennym widokiem. Lubimy zmęczenie i ból nóg po całym dniu marszu. I ten błogi stan, kiedy nic oprócz nas i gór nie jest ważne. Takie wędrówki przypominają mi wielkie  pranie. Splątane, bezkształtne tkaniny po owej kąpieli są czyste, świeże i pachnące. Podobnie jest z myślami. Podczas wędrowania w górę i w dół z głowy uchodzą wszelkie szpecące duszę farfocle, robi się miejsce na nowe  pomysły. To co pokrzywione nagle się prostuje, złe odpływa w niebyt i znów jest energia... Pozytywna energia.

Góry szczególnie sobie upodobaliśmy z kilku względów. Przede wszystkim dlatego, że nieustannie trwają w niezmienionej scenerii. Te same ścieżki, skały, kamienie , szczyty na przestrzeni stuleci witają kolejne pokolenia spragnionych turystów. Nawet schroniska i czeskie boudy zapuściły głęboko korzenie. Przez wieki  tkwią w tych samych miejscach i choć nie spotkamy w nich pasterza, duch gór nadal w nich mieszka.


Szlifując górskie szlaki często zastanawiam się, kto był tu przede mną sto, dwieście, czterysta lat temu. Wtedy nachodzi pragnienie odbycia podróży w czasie, chociaż na jeden dzień, na kilka godzin. Odpowiedź na te pytania znalazłam w książce "Podróżnicy w Górach Olbrzymich". Są to teksty źródłowe - przetłumaczone z języka niemieckiego  reportaże odkrywców, turystów  z XVII - XX wieku. Książka miała być pod choinkę. Mikołaj się pospieszył. Niestety, nie wytrzymałam. Jestem po czwartym rozdziale. Każdy z nich to osobna relacja dawnych podróżników z wędrówki po Karkonoszach i Górach Izerskich. Niezwykle ciekawe opowieści skupiają się przede wszystkim na skrupulatnym i obrazowym przedstawieniu  szlaków, miejsc noclegowych, krajobrazów, ludzi i realiów ówczesnego życia. Czytając ją  nie sposób nie sięgnąć po mapę, aby przekonać się, o czym mowa i stwierdzić: "Przecież byliśmy tu i to nie raz. Prawie nic się nie zmieniło, tylko okowitki nie targaliśmy na plecach" 😊Na okładce książki wypowiedź himalaisty i podróżnika-  Rafała Froni:

"Góry i wyprawy górskie to nie kaprys XX czy XXI wieku. To odwieczna potrzeba człowieka, któremu przesunięty horyzont górskiej przestrzeni dawał spokój i pozwalał na zrozumienie ważnych rzeczy,
w tym najistotniejszej - dokąd i po co zmierzamy." 

Piękna przedmowa.


Jest jeszcze jedna ciekawa książka, która  odkrywa wiele tajemnic z nieodległej, bo wojennej i powojennej historii Świeradowa i okolic. "Tajemnice gór Izerskich" powstały dzięki kontaktom autora - Janusza Skowrońskiego - z byłymi mieszkańcami Izerów, jeńcami, pracownikami przymusowymi - żyjącymi świadkami przeszłości. Dla mnie ma ona szczególne znaczenie. Po przeczytaniu tej książki  Stóg Izerski czy Sępia Góra, którą widzę z działki to nie tylko piękny widok. To niemi świadkowie czasami tragicznej historii.






26 listopada 2020

A mury runą... Refleksja o przemijaniu.

 


24 listopada 2020 zburzenie kikutów ścian domu dokonało się. Runęły mury. Trochę smutny to widok.  Z nimi dokonania pewnej pruskiej rodziny, która w II połowie XIX wieku postanowiła osiedlić się w tym miejscu blisko wody nad Mrożynką, na rozległych podgórskich łąkach, gdzie można było wypasać kozy, mieć swoją krowę (obórka była mała) hodować domowe ptactwo. A może podjąć pracę w którejś z pobliskich kopalni? Wybudowali niewielki dom z kamiennych bloczków kopalnianych wydobytych ze skały Proszowej  i wypalanej ręcznie cegły. Wnęki okienne były niewielkie, by mniejsze były straty ciepła zimą. Poddasze scalono murem pruskim, a dach pokryto łupkiem zapewne tym z Rębiszowa.. Od strony południowej do bryły domu dołączono ganek, z którego roztaczał się przepiękny widok na dzisiejszą Sępią Górę, Stóg Izerski, Smrek i Czerniawską Kopę. (Ten widok niczym nieprzysłonięty jest do dziś!) Podłogę na parterze ułożono z cegieł i grafitowych płytek. Ściany obrzucono tynkiem i pobielono, aby było widniej. W domu w centralnej części - kuchni postawiono piec, który ogrzewał pomieszczenia na dole. Komin dawał ciepło pokoikom na stryszku, do którego prowadziły drewniane schody. Kilkadziesiąt lat później na skutek zawieruchy wojennej w domu zamieszkała inna rodzina. Cieszyło ich to miejsce i jednocześnie zapewniało byt. Ziemia w okolicy zbyt żyzna nie była, ale warunki pasterskie owszem. Nowy gospodarz obok domu dobudował nowoczesną na owe czasy  obórkę. Betonowa podłoga miała spływ do szamba. Tak powstała zagroda. Mijały lata. W domu wychowywały się kolejne pokolenia, które do dziś z sentymentem wspominają pobyt u dziadka Józefa. Pewnego dnia ten sam, choć wysłużony już  komin,  odebrał domownikom ciepłe schronienie i pozbawił dachu nad głową. Ale nie stał bezużytecznie. Zamieszkały w nim dzikie zwierzęta. Drobne ssaki i płazy.  A kiedy ruiny porosły drzewa, pojawiły się ptaki, zające, a nawet sarny. Tę ostatnią wypłoszyliśmy miesiąc temu. Biedna. Ale mam nadzieję, że znajdzie schronienie w innych ruinach, bo tych w Mlądzu wiele. Swoją drogą zaciekawiła mnie historia wielu ruin  we wsi. Czy wszystkie zniszczył ogień? Na jednej ze stron w internecie ktoś pisał, że ściany kamienne, aby trwać długo, muszą mieć grubość minimum 70 cm.  Zaprawa gliniana widać też nie była najlepszej jakości. Górskie warunki atmosferyczne- śnieg, mróz, wiatr zrobiły swoje.  


 Co czeka nas teraz? Chcielibyśmy przywrócić  siedlisko. Kamienie, pokruszone cegły pozostały na starych fundamentach. Koparki wyrównały  miejsce. Tutaj stanie domek na zgłoszenie z tarasem na południe. Co się z nim stanie za kilkadziesiąt lat ? Przeminiemy razem ze swoimi marzeniami, radością i troskami tak samo, jak poprzedni właściciele. Ale zanim to nastąpi, sporo wody upłynie w Mrożynce. Najpierw musimy oswoić wszystkie dzikie szlaki i miejsca Grzbietu Kamienickiego.👫



Przed domem od strony Mrożynki jest stara studnia. Wchodzi się do niej po kilku kamiennych schodkach. Koparkowy dobrał się do niej wąską łychą.  Wody 70 cm. A nad jej lustrem szeroka  kamienna półka, która niegdyś chłodziła masło, mleko, śmietanę. Studnia wymaga gruntownego oczyszczenia, a potem uzdatnienia. Trzeba też ją na nowo obudować. Niech służy dalej.

Została też sterta kamieni i  ziemi zebranej wokół domu. Będą skalniaki. Nic się nie zmarnuje. Ale do wiosny czekać nie będziemy. Grzesiek zajęcie na zimę już ma. Kupił deski, belki. Wszedł w nowy projekt : Komórka. Planuje zbudować ją w elementach. Łatwiej będzie przewieźć do Mlądza. A ja będę go podtrzymywać na duchu. To nie będzie trudne zadanie.😊



W tym dniu był też spacer

 

leniuchowanie 😉


i  ciepły posiłek o zachodzie słońca.









Polana Czarownic w drodze na Bobrowe Skały

 Dzieje się na moim pamiętnikarskim blogu, bo dawno nas tu nie było. A że w końcu jesteśmy, to zostawiam ślad. Zaraz znów zjadą goście i trz...